niedziela, 26 września 2010

Koncert Stinga w Poznaniu

Przed poznańskim koncertem niespecjalnie lubiłem Stinga. Znałem wiele utworów jakie napisał, trochę o nim czytałem, ale nie wzbudzał we mnie specjalnie wielkich uczuć. Wszystko się zmieniło, gdy około południa w poniedziałek (dzień koncertu) dowiedziałem się, że z powodu choroby, na koncert nie może iść nasza koleżanka. Bez większego wahania "przejęliśmy" bilety i o 17:30 weszliśmy na nowo wybudowany stadion Lecha

Tłumy waliły z każdej strony. Pewnie jest tak podczas większość meczów przy Bułgarskiej, ale tym razem na twarzach zamiast chęci doznania piłkarskich emocji, gościła chęć przeżycia koncertu jednego z największych popowych twórców na świecie. Otwarcie stadionu też zrobiło swoje. Wielu poznaniaków pewnie chciało obejrzeć to wydarzenie na żywo, dlatego biletów na Stinga już od dawna nie można było dostać. Idąc na koncert mijaliśmy ludzi, którzy z minami mówiącymi "spierdoliłem sprawę", stali przed stadionem z kartkami w dłoni, na których było napisane dramatyczne dwa słowa 'ODKUPIĘ BILET'! Pomyślałem sobie: "Jezu, co tym ludziom tak zależy na tym Stingu? Przecież to zwykły koncert będzie, a już 5 razy w Polsce gość był, więc i pewnie znów przyjedzie". Gdy wybrzmiała pierwsza piosenka, wiedziałem już dlaczego tak bardzo im zależało na tym, żeby wejść na koncert. Ale o tym za chwilę...;)


Muszę to napisać. Po raz pierwszy na jakimkolwiek koncercie miałem bilet na miejsce, które...nie istniało. Podchodziliśmy 4 razy do ludzi koordynujących wchodzenie na stadion i zawsze kierowali nas do kogoś innego. Gdy w końcu udało nam się dostać do faceta na kładce prowadzącej na płytę główną, dał nam nowe bilety i napełnił nadzieją, że w końcu sobie usiądziemy. Musieliśmy przejść na drugą stronę boiska, żeby znaleźć rząd i miejsce, które...znów nie istniały! Nie muszę mówić jak wielki był nasz wnerw na tę sytuację, dlatego znów zgłosiliśmy się do jednego z koordynatorów, który odesłał nas do kolejnego i tak przez kilkadziesiąt minut. W końcu kazał nam usiąść i poczekać. Wysłuchaliśmy sobie przynajmniej występującego w niewdzięcznej roli supportu supportu, Indois Bravos. Jednak grali dość niemrawo do zapełniających się trybun i powiem Wam, że ten widok sprawił, że po raz pierwszy w życiu złapałem doła przy reggae.


Zaczęło się robić zimno, nadal sterczeliśmy jak kołki, a mgliste wyjaśnienia organizatorów niewiele dały. Gdy w końcu się wkurzyliśmy i chcieliśmy zareklamować bilety, to kazali nam się udać do biura reklamacji, które...uwaga...nie istniało. W czasie, gdy szukaliśmy biura straciliśmy koncert Anny Marii Jopek i wydawało się, że czara goryczy się przeleje, gdyby nie Hejzel, który rozwiązał sytuację dość klasycznie: sprytnie zagadał ochroniarzy i wchodząc między nich rzucił im pytanie retoryczne, co samo w sobie już sprawiło, że mózg zaczął im parować, ja także szybko się przepchnąłem i tym samym zastosowany przez Hejzela fortel otworzył nam wejście na płytę główną, zostawiając kłócących się goryli z głupimi minami :) "Mogą wejść!", "Nie! tylko białe opaski!"Ale oni idą tylko do...".Tyle zdążyłem usłyszeć:D


Przed koncertem odbyło się coś jakby otwarcie stadionu. Nie było spektakularne, więc nie będę się nad tym rozwodził. Lasery, robotnicy jeżdżący z taczkami, tancerka na linie, która to miała niby symbolizować ideę...pierdoły, które nie przemówiły do mnie wcale. Skończyło się i mogliśmy już ze spokojem czekać na koncert. Rozpoczął się z 10 minutowym opóźnieniem...ale warto byłoby czekać nawet i godzinę.


Rozpoczęło się od 'If I Ever Lose My Faith In You'. Pięknie, wręcz wzruszająco. Już wiedziałem, że nie zapomnę tego wieczoru, jednak to co działo się później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Od dawna nie było na koncercie tak, że chciałem więcej i więcej i jeszcze trochę. Sting zagrał z orkiestrą 26 numerów i jeden wykonał a capella, a ja odczułem ten czas jako godzinę z minutami. Sting czarował głosem, grą na harmonijce, na gitarze klasycznej i elektrycznej, a stadion czarował światłami w tonacjach uspokajającego niebieskiego, żółtego i czerwonego. Trzy telebimy wiszące nad muzykami było rewelacyjnym pomysłem. Zwłaszcza sama ich konstrukcja i ułożenie, które widać na zdjęciach z koncertu. Orkiestra spisała się fenomenalnie, muzycy również. Nie było ŻADNEGO zbędnego dźwięku, fałszu, potknięcia. Po prostu czysty profesjonalizm, a na dodatek zabawa muzyką, radość grania i obcowania z publicznością. Na osobne pochwały zasługuje śpiewająca ze Stingiem wokalistka Jo Lawry. Zachwyciła mnie swoim głosem nie mniej niż sam Sting, a w dwugłosie z nim brzmiała perfekcyjnie i chyba jeszcze nie byłem na koncercie, na którym współbrzmienie dwóch głosów brzmiało tak... no wspaniale :)



W trakcie koncertu usłyszeliśmy m.in. 'Every Little Thing She Does Is Magic', 'Moon over Bourbon street' (mój ulubiony kawałek, po którym Sting zawył jak wilk), 'Seven days', 'Englishman In New York', 'Shape of my heart', 'Russians', 'Fragile', 'Roxanne', 'Every Breath You Take' czy rewelacyjnie wykonany 'Desert rose'. Miało być przebojowo i było. Fantastycznie słuchało się symfonicznych partii, które były czasami delikatne a czasem miażdżące patosem, jednak większość utworów po prostu subtelnie przyozdabiały. Pod koniec koncertu nie było na stadionie osoby, która nie stała i nie kiwała się w rytm muzyki :) Genialna atmosfera.


Podsumowując – mamy świetne wspomnienia i z chęcią wybiorę się na jeszcze jeden koncert Stinga, jeśli kiedyś będzie grał w Polsce.

Pełna setlista znajduje się TUTAJ.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Cormac McCarthy - polska strona pisarza


W końcu po wielu miesiącach zmagań, zbierania materiałów, zdjęć, recenzji i opisów, światło dzienne ujrzała strona o Cormacu McCarthym. Największa baza informacji o pisarzu, którą będę starał się aktualizować najczęściej jak tylko będę mógł. Na stronie znajdziecie sporo grafik, opisów, recenzji, artykułów i wywiadów. Będę wdzięczny za dostarczanie nowych materiałów, ciekawych linków, napisanie recenzji.
Czekam jeszcze na tłumaczenie wywiadu z Wall Street Journal, a także na napisy do wywiadu z Oprah Winfrey. Ogromne podziękowania kieruję do Mike'a Dravena, który zajął się techniczną częscią strony, dla Krzysztofa Lubowickiego za tłumaczenia zdjęć i Mateusza Kopacza za tłumaczenie wywiadu.
Zapraszam do lektury strony i odwiedzenia księgi gości :)

I oczywiście do wzięcia udziału w Konkursie! Do wygrania 3 książki Cormaca McCarthy'ego :)!!!



czwartek, 26 sierpnia 2010

Sam Sam na księżycu


Kiedyś na forum GWKC umieściłem krótką recenzję filmu MOON. Dziś, po korekcie ląduje tutaj.
Sam Sam na księżycu
Trudno cokolwiek napisać. Po obejrzeniu filmu po głowie hulają wolne myśli, bez ładu i składu. I naprawdę nie wiem, co mogę/co powinienem czuć po obejrzeniu tego naprawdę dobrego debiutu Jonesa. Obejrzawszy w zeszłym roku Dystrykt 9, który uważam za naprawdę dobre kino, posiadające oprócz faktora rozrywkowego jeszcze jakieś przesłanie i potrójne dno, myślałem, że nie zobaczę już filmu Sci-Fi z rocznika 09, który dorówna historii o "krewetkach" z kosmosu. Myliłem się, Moon to świetne kino i stawiam je na równi z Dystryktem. W Moon cenię naprawdę to, że dopiero po czasie dotarło do mnie o czym tak naprawdę mógł być ten film. Powtórzę i zaznaczę: Nie o czym był, bo jak to mawiają quot capita, tot sensus, a o czym mógł być. Natrafiłem na obraz, który podobnie jak Dystrykt, zadaje wiele pytań, a udziela odpowiedzi tylko na niektóre z nich. I to w sposób niejasny.
Zauważyłem na kilku forach, że film się ludziom podobał, ale nikt tak naprawdę nie wypowiedział się o czym (prócz samotności) ten film jest!? Czego jest metaforą? Czym nas zaskoczył oprócz pięknej formy? Na jakie pytania do samych siebie odpowiadamy? Po cholerę ktoś kręci film, w którym prawie nic się nie dzieje? itd
Treść filmu rewelacyjnie oddaje to co napisał kiedyś Gustaw Herling - Grudziński w Innym świecie: "Byłem jak ślepiec, który odzyskawszy wzrok, obudził się w próżni pełnej luster, odbijających tylko jego własną samotność."
Film zaiste jest o samotności, w końcu Sam 3 lata siedzi sam na księżycu (gdyby film kręcił Polak, moglibyśmy jeszcze postawić, że imię bohatera to gra językowa ). No dobra, ale na jakim księżycu? Czy jest to TEN miesiąc, świecący nad naszymi głowami, czy jest to księżyc w głowie Sama?
Po głębszej analizie i po tym kim reżyser jest, przychylam się do tej drugiej opcji. Moon, to czysty film psychologiczny, ekspolurujący temat samotności niemal tak dogłębnie, jak ogromne maszyny przemierzające powierzchnię księżyca w poszukiwaniu Helium 3. W końcu czy nie ma teorii, że jesteśmy samotnymi wyspami na oceanie życia (w tym wypadku księżycami w kosmosie)!? Jak pisała w Charakterach, Joanna Heidtman:"Samotność jest jak silnie działająca substancja. Może być lecznicza – daje okazję do rozwoju i odkrywania siebie. Bywa trująca, szczególnie dla ludzi ściganych przez "cień przeszłości", traumę przeżytą w dzieciństwie lub skrywaną głęboko tajemnicę”.
Wobec powyższego cytatu: Moon to film o powolnym wychodzeniu z choroby (może nałogu), o zakładaniu różnych masek (klony), których każdy człowiek przybiera tysiące na różne okazje, a w końcu dochodzi do wniosku, że pokochanie samego siebie, ew. dogadanie się z samym sobą (w filmie dosłownie pokazane), jest najlepszą drogą do tego, by narodzić się na nowo i "przebudzić".
Nowy Sam, pozwolił umrzeć staremu, pozbył się wszystkiego co go hamowało: maski, przyzwyczajenia, machinalna praca i tęsknota (+kontrakt). Firma okłamywała go, że nie posiada bezpośredniego połączenia z Ziemią, by zadzwonić do domu, a tak naprawdę możemy za firmę podstawić jego własny lęk przed kontaktem z rodziną, od której dobrowolnie odszedł będąc w stanie "snu" -"uzależnienia" (wszak lunatyk pochodzi od słowa LUNAR - nazwa firmy). Gdy Sam postanowił się w końcu zmierzyć z własnym lękiem (zniszczenie anten, telefon do córki), zobaczył co jest ważne, że sam siebie oszukiwał, a inni to wykorzystali. Zobaczył jak wiele lat stracił, kim się stał i postanowił to naprawić. A Robot GERTY to substytut człowieka, który każdy samotnik ma w domu pod postacią TV, komputera czy radia.
Przynajmniej ja to tak widzę.

Sprawdziłem jeszcze co to jest SARANG (stacja, w której przebywał Sam Bell), okazało się, że jest to PAW - narodowy ptak Indii, który symbolizuje: słońce, nieskończoność, wieczność, zmartwychwstanie, nieśmiertelność, czujność, godność, dostojność, wiosnę, kontemplację, królewskość, próżność, puszenie się własną urodą, dumę, pychę. Ehhh...co tu wybrać?

9/10

niedziela, 22 sierpnia 2010

John Everson - Igły i Grzechy

Dzięki Ingowi dostałem niedawno zlecenie, na nagranie opowiadania "Uwolnienie" ze zbioru Johna Eversona - "Igły i grzechy" dla wyd. Replika. Opowiadanie jest słabe jak barszcz i żałuję, że nie przeczytałem go wcześniej, by ułożyć sobie intonację, momenty dramatyczne itp. Zamiast nagrywać je piętnaście minut, nagrywałem ten szajs półtorej godziny, robiąc co chwilę przerwy na śmiech. Wartość tego jest raczej nikła, choć może komuś przypasuje taki styl, gdzie pełno jest flaków, krwi, seksu i chorych scen. Sprawdzę niedługo resztę opowiadań i pewnie walnę jakąś recenzję. Zobaczymy jak to będzie ;) A póki co zapraszam do posłuchania mojego zabójczego głosu :D



środa, 21 lipca 2010

Koncert Brendana Perry'ego Poznań 16 lipca CK Zamek

Na ten koncert czekałem dwanaście lat. Trochę jak więzień, bo czekałem na coś absolutnie wolnego i pięknego, na coś o ogromnej sile duchowej, wywołującego metafizyczne ciarki. Nie wierzę nadal, że w końcu się udało. Dopiero po kilku dniach uświadomiłem sobie, ile występ Brendana Perry'ego dla mnie znaczył. Ile wprowadził do mojego życia, a jednocześnie ilu negatywnych myśli się pozbyłem.

Od kiedy usłyszałem po raz pierwszy "Into the labirynth", w mojej głowie zakiełkowała myśl, że byłoby cudownie posłuchać muzyki Dead Can Dance na żywo, jednak australijski duet był dla mnie jednocześnie czymś nierealnym, dwójką duchów, którzy tworzą muzykę nie z tej Ziemi. Nie sądziłem, że Ci ludzie w ogóle żyją w tej rzeczywistości, a jeśli nawet, to byłem prawie pewien,że nie odwiedzą nigdy zacofanej muzycznie Polski. Dlatego, gdy jako 15 latek, znając już połowę dyskografii DCD, dowiedziałem się o rozpadzie zespołu, nie mogłem przyjąć dowiadomości, że nie
będzie mi dane usłyszeć ich razem na żywo.
Nie muszę mówić, że przeżyłem ogromnie mocno informację o koncercie DCD w Warszawie w 2005 r., a jeszcze mocniej przeżyłem to, że z braku funduszy nie mogłem się tam pojawić. Tak samo było z koncertem Lisy Gerrard w Warszawie. Od tego momentu postanowiłem, że gdy tylko pojawi się w Polsce któryś z członków zespołu, zrobię wszystko by pojechać, wysłuchać, zobaczyć, uwolnić. Na szczęście w ciągu 12 lat, koncerty gwiazd w Polsce, stały się czyś na porządku dziennym, więc okazja, by w końcu usłyszeć jeden z magicznych głosów Dead Can Dance nadażyła się 16 lipca (piątek), na Dziedzińcu Zamkowym w Poznaniu. O godzinie 21, kiedy to Brendan Perry wraz z Danem Gressonem na perkusji, Peterem Sheridanem na gitarze i syntezatorze, Astrid Williamson na klawiszach i kimś kto zastąpił Rachel Haden na basie, pojawił się na scenie, wiedziałem już, że będzie to dla mnie występ wyjątkowy. Zresztą po minach zebranych na dziedzińcu około tysiąca osób, widziałem że nie tylko dla mnie.

Czwórka młodych muzyków (no może oprócz Astrid) całkowicie podporządkowana liderowi, a jednocześnie sprawiająca wrażenie, jakby Perry był dla nich wzorem, przyjacielem, ojcem i drogowskazem. Wszyscy na scenie świetnie się rozumieli, a kilka minimalnych, indywidualnych wpadek instrumentalnych gitarzysty, nie przeszkadzało w obiorze praktycznie wcale. W repertuarze było to, czego się spodziewałem, czyli kilka kawałków z najnowszego albumu ARK (m.in. This Boy, Utopia), kilka klasyków Dead Can Dance (Spirit, Severance, Carnival is over), cover (Song of the siren) i nowy (świetny) kawałek Tree of life. Ponoć setlista była taka sama jak w Krakowie. Jednak mam nadzieję, że nie było tam gnomów, którzy kłocili się o to, czy bilety są stojące czy siedzące. Na szczęscie podczas koncertu było już miło :) Udało nam się nawet zdobyć bezcenny autograf Brandana na płycie ARK :)

Nie wiem co ten facet ma w głosie, ale gdy go słucham, przechodzą mnie ciarki i czuję się (może zabrzmi to głupio) wolny i oderwany od świata. Solowe dokonania Brendana są rewelacyjne, uduchowione, kapitalnie mroczne, a jednocześnie pełne pozytywnej energii i nadziei. Ponoć to Lisa Gerrard czerpie muzyczną energię z kosmosu, a jednak Brendan zdaje się sięgać w podobne rejony, bo pomimo braku wielkich popisów wokalnych, jego głos stwarza muzyce dodatkową przestrzeń, drugie dno i tworzy czary. Na koncercie brakowało mi tylko Lisy, by zamknąć wszystko w jedną całość. Może jeszcze się doczekam wspólnego koncertu DCD, bo od kolegi wiem, że ponoć Brendan i Lisa będą pracować nad nową płytą. Może też popracują nad trasą koncertową ;)?
Dla zainteresowanych, nagrałem (niestety w średniej jakości - podobnie jak zdjęcia) telefonem kilka utworów. Wrzucam na speedyshare, więc koncert ściągnie TYLKO pierwsze 10 osób :) Mam nadzieję, że BP nie będzie miał mi tego za złe :-)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Książę Persji: Piaski Czasu

Dzieciństwo to kopalnia. Wielu z nas schodzi tam, by odnajdywać w twardych skałach codzienności dobre wspomnienia, żale, smutki, a także małe i dawno zapomniane zachwyty. I o zachwytach dziś mowa. Zakochałem się niegdyś w pewnej platformówce autorstwa Jordana Mechnera, która wypełniała mi naprawdę sporo czasu. Nie raz do późnych godzin siedziałem przy klawiaturze (lub z joystickiem w ręku) i kombinowałem jakby tu uwolnić moją księżniczkę. Gdybym nie spotkał kobiety mojego życia, zapewne do dziś niewiele by się zmieniło (oprócz joysticka rzecz jasna). Ważne jednak, że zakopałem to wspomnienie w mojej prywatnej kopalni, a Mike Newell dał mi łopatę i kilof, bym mógł znów zanurzyć się w klimacie mrocznej pustyni, ciemnych lochów i upływającego zbyt szybko czasu.

Miałem pewne obawy, bo pamiętając dokonania Uwe Bolla, który chciał by z ziaren dobrych gier wyrosły solidne filmowe drzewa, zdawałem sobie sprawę, że na tym poletku jest niezwykle trudno zrobić coś dobrego, nie mówiąc już o dziele wybitnym. Widząc, że "Książę Persji: Piaski czasu" to produkcja Disneya, byłem spokojny o dobrą rozrywkę, estetykę i jakość. Efekt końcowy...no cóż, dostałem o wiele, wiele więcej niż chciałem.

Widziałem wcześniej kilka filmów Newella i wiedziałem, że mogę się przygotować raczej na średniaka niż arcydzieło. Nie nastawiałem się na rewelację i wyszło mi to na dobre, bo 68-letni reżyser spłodził coś pomiędzy średniakiem, a filmem bardzo dobrym. Reżyser umiejętnie łączył, dzielił i prowadził nieskomplikowane dialogi. Patosu jest tyle, że zbyt często nie drażni, akcji ogrom, pięknych widoków i efektów specjalnych mnóstwo, gra aktorska na bardzo wysokim poziomie (fenomenalny Ben Kinsley w roli Nizama), estetyka z jaką "wykonano" baśniową krainę - bez zarzutu i właściwie nie mam się do czego przyczepić. Owszem jest kilka pierdół, typu: Dastan z księżniczką lądują w basenie, a za chwilę ich ubrania są suche jak wiór (nie mówiąc o włosach), ale takie szczegóły nie przeszkadzają praktycznie wcale. Podczas oglądania filmu, wciągają nas tytułowe piaski czasu i zapominamy o świecie, oglądamy kolejne kadry z zachwytem, jakbyśmy czytali strony z "Baśni 1000 i jednej nocy". Znalazło się kilka momentów, które przywracają nas do rzeczywistości, ale tylko na kilka sekund. Szybko wracamy i zostajemy wciągnięci w kolejną akcję, ucieczkę i pościg za magicznym sztyletem.
Oczywiście najważniejsza w tym filmie jest rozrywka. Książe Persji nie udaje niczego i jest niezobowiązujący. Dla wielu jest to idealny przykład kina familijnego, w którym wyraźnie zarysowana granica pomiędzy dobrem i złem jest sygnałem dla rodzica, by ze spokojem pokazać ten film swojemu dziecku, a przy okazji świetnie się bawić. Wielokrotnie podczas seansu miałem skojarzenia z nieśmiertelnym Indy Jonesem i Piratami z Karaibów, które to filmy wyśmienicie ukazują czym jest film przygodowy, czym jest rozrywka i jak sprawić, by widz zatopił się na dwie godziny w zupełnie innym świecie. W baśni. W piaskach czasu. Albo w kopalni.

Podsumowując - rewelacyjna rozrywka na leniwe popołudnie, albo ciepły wieczór. Nie obiecuję sobie, że wrócę kiedyś sam do tego filmu, tak jak chociażby do Piratów z Karaibów, ale jeśli ktoś mi zaproponuje wieczór z filmową, pustynną baśnią - nie odmówię.

7,5/10

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Worek Kości


Stephena Kinga od dawna zaliczam w poczet moich ulubionych pisarzy. Takie książki jak "To", "Cmętarz dla zwierzaków" czy "Miasteczko Salem", budzą nie tylko strach i ogromne emocje ale też wzruszenie, zachwyt oraz pewnego rodzaju smutek. Uczucie podobne temu, gdy żegnamy jednego z najlepszych przyjaciół, wiedząc, że już nigdy się nie spotkamy. Po kilku słabszych pozycjach Kinga, po których czułem się jakbym żegnał zaledwie znajomego, znów trafiłem na książkę, która wzbudziła we mnie uczucia wspomniane powyżej. "Worek Kości" to jedno z mocniejszych dzieł, które potwierdza, że King jest pewnego rodzaju geniuszem zarówno w wymyślaniu dobrych historii, konstrukcji powieści jak i w budowaniu i stopniowaniu napięcia.

Michael Noonan, jak wielu kingowych bohaterów, jest pisarzem. W wyniku nieszczęśliwego wypadku traci żonę - Johannę (w skrócie Jo), a przy okazji twórczą wenę. Próbuje napisać coś co jakiś czas, jednak za każdym razem wzbudza to u niego odruch wymiotny, w wyniku czego pisarz zmuszony jest do wyciągnięcia z bankowego sejfu książek, które w ciągu dziesięciu lat kariery, pisał "na zapas". Po czterech latach dość spontanicznie postanawia odzyskać spokój (albo zupełnie zwariować) i wyrusza z Derry do okręgu TR, do miasteczka, w którym znajduje się domek, gdzie razem z Jo spędził mnóstwo szczęśliwych chwil. To co dzieje się później w nawiedzonym domu Noonana o wdzięcznej nazwie Sara Laughs, pozostawiam Wam do odkrycia. Siły, które wplątują pisarza w konflikt z dawnych czasów, są opisane w mistrzowski i naprawdę przekonywająco-przerażający sposób. Przez całą powieść towarzyszyło mi uczucie trudne do opisania. Była to melancholia związana ze smutkiem, a pomimo to połączona z czymś w rodzaju kibicowania, które w duchu nazwałem "smutnym dopingowaniem". Było mi autentycznie żal Michaela Noonana i jego żony, przeszywał mnie smutek, gdy raz po raz Michael wspominał o tym jak zginęła i jak wielkie łączyło ich uczucie, a na koniec odczuwałem dreszcz emocji, gdy pojawiał się jakiś znak, że jednak Jo nie do końca odeszła. A może to nie była ona?

Konstrukcja powieści jest niezwykle, że pozwolę sobie użyć metaforycznego antonimu, prosto skomplikowana. Oczywiście jak na ghost story. Leniwe opisy życia Michaela pisane z perspektywy pierwszoosobowej, przepełnione melancholią, smutkiem i beznadzieją przeplatają się ze snami, wartką akcją i scenami z pogranicza jawy i snu. Naprawdę warto przebrnąć przez pierwsze 150 stron, by znaleźć się w świecie duchów, literackiego oniryzmu i drugiego Manderley z powieści "Rebbeca", które jest jednym z trzech kluczy do dzieła Stephena. Drugim jest Thomas Hardy i jego idea worka kości (King chyba przeżywał podczas pisania jakiś kryzys), a trzecim Mellvile i jego Bartleby. Inaczej mówiąc Stephen bawi się w intertekstualność i wychodzi mu to nadzwyczaj dobrze. Na szczęście nawet mając te trzy klucze i tak trzeba powieść przeczytać, by wyjść zwycięsko z miasteczka pełnego Marsjan (ha! teraz to już w ogóle zakręciłem).

"Worek kości" to wspaniała powieść na upalne lato. 30 stopni, jeziorko, pusta plaża i piwko w ręku to idealna sceneria do czytania. Jednak niech nikt nie myśli, że jest to tylko rozrywka, która nie wymaga od nas wkładu intelektualnego. King niezwykle sugestywnie przenosi nas w mroczne miejsca, śni zwariowane sny i opowiada rzeczy, od których jak od gorączki, może zakręcić nam się w głowie. Dlatego jeśli lubicie się bać, sugeruję pustą plażę i jakieś miłe miejsce w cieniu brzozy. Gwarantuję, że będziecie stamtąd odchodzili, trochę zbyt często oglądając się za siebie.

Mocne 8,5/10

piątek, 18 czerwca 2010

KOTY x 4

Dziś rzecz zupełnie nie związana z filmami, książkami i innymi tworami kultury i kulturki, a coś co mam nadzieję sprawi, że nasz dom zostanie odciążony :) Co prawda waga przedmiotu jest niewielka, bo zaledwie kilkanaście dekagramów (x4), ale myślę, że warta bliższego poznania ;)
Nasza kotka - Zorka urodziła 4 małe brzdące, którym szukamy domu. Używając znanego straszaka: "Ej, musicie wziąźć kotka, bo inaczej właściciel je utopi", nieprzekonałbym Was do zaopiekowania się jednym z potworów, tak więc postanowiliśmy postawić na suotkie fociątka rodem z naszej klasy :P Jeśli jest ktoś zaintersowany zabraniem do domu małego buldożera, pchlarza i siewcy zamętu (tudzież niszczyciela firanek), proszę o maila/komenta lub info na gg:) Tymczasem cztery kociątka na suotkich fociątkach ;)




p.s. BŁAGAM! Weźcie od nas te potwory!

poniedziałek, 14 czerwca 2010

The Mist - Gorzki happy end

I znów mała staroć. W zeszłym roku ta recenzjoanaliza Mgły pojawiła się na stronie http://www.stephenking.pl/. Trochę ją upgreadowałem i chlus. Kto widział film, może się zgodzić lub nie z poniższym teksem;)


Recenzja/analiza jest przeznaczona dla osób, które film widziały.

Gorzki happy end

Frank Darabont to najlepszy adaptator dzieł Stephena Kinga. Tak sądziłem przed Mgłą i tak też sądzę po obejrzeniu filmu. Czytając fora internetowe, a także patrząc na sukcesy poprzednich dzieł Darabonta, opartych na twórczości "króla", widać że nie jestem w owej opinii osamotniony. Darabont potrafi w prozie Kinga dostrzec to, czego wielu innych reżyserów spostrzec nigdy nie umiało (choć nie mówię, że wszyscy). Stephen, jak nikt inny, stwarza w swoich dziełach postaci z krwi i kości. Ludzi, w których bardzo łatwo uwierzyć, których łatwo polubić albo się ich przestraszyć. Na język filmu znakomicie przenosi to Frank Darabont, który od daty premiery "Mgły", jako jedyny powinien posiadać prawo do "kingowych" ekranizacji.
Temat strachu przed ciemnością był już poruszany w kinie wielokrotnie. Natomiast strach przed "białą ciemnością", był omawiany sporadycznie (“The Fog” Carpentera z 1980 roku czy zupełnie nieudany jego remake sprzed trzech lat) jednak za każdym razem nieudolnie, bądź "tylko" poprawnie (Carpenter). Lęk przed ciemnością, mgłą, a tym samym nieznaną rzeczą znajdującą się w ich wnętrznościach, towarzyszył człowiekowi od tysiącleci. W filmie Jaume Balguero głównym bohaterem i zarazem tytułem filmu jest 'Ciemność'. W filmie Darabonta - jest nim 'Mgła'. To ona kodyfikuje i łączy poszczególne elementy filmu. Mgła spowijająca nie tylko Maine, Nową Anglię i Long Lake, ale też i głowy niektórych ludzi, którzy znaleźli się w markecie.
"Mgła" zaczyna się świetnym nawiązaniem do twórczości Kinga i puszczeniem oka do widza. Widzimy jak Drayton maluje plakat Rolanda, a za sztalugą stoją jeszcze plakaty z filmu "The Thing" Carpentera (ukłon w jego stronę) i poster z "Labiryntu Fauna". Darabont już na początku mówi nam w ten sposób, że będziemy mieli do czynienia z czymś niesamowitym, mistyczno-mitologicznym, przerażającym i niekoniecznie przyjemnym. Pocięty przez dystrybutorów początek i środek filmu, nadrobiłem w domu i z przykrością stwierdzam, że jeśli spotkam człowieka odpowiedzialnego za wycięcie owych fragmentów, popełnię pierwsze w moim krótkim życiu morderstwo. Jak można było tak zniszczyć początek filmu, który ma swoje uzasadnienie w końcówce, który pokazuje powstanie mgły na jeziorze, który mówi o łączności pomiędzy Draytonami. Jak można wycinać fragmenty ważne dla rozwiązania filmu? Czy robił to jakiś tępy osioł? Jeśli tak, to mam cholerną ochotę na salami.
Dzieło Darabonta można oglądać z kilku perspektyw: Religijno – socjologicznej (zahaczając o sferę duchową), czysto rozrywkowej oraz od strony stricte technicznej. Zacznijmy może od dwóch ostatnich. Rozrywkę otrzymałem na poziomie wysokim. Ba, nawet bardzo wysokim biorąc pod uwagę niski budżet “Mgły”. Wszystko przez to, że zdecydowałem się całkowicie oddać magii kina. Wolałem na te dwie godziny wyłączyć w sobie "starego tetryka", by przeżyć dzieło Darabonta w sposób właściwy. Przez to podczas seansu w ogóle nie przeszkadzały mi niekoniecznie przekonywające stwory w postaci zmutowanych pterodaktyli czy much-skorpionów. Nawet początkowa scena z mackami miała w sobie "to coś" pomimo tego, że trwała zdecydowanie za długo i zostało w niej pokazane zbyt wiele. Odarło to trochę początek filmu z mistycyzmu i myślałem, że dalej będzie tylko gorzej. Wiedzieliśmy już od tego momentu, że za drzwiami magazynu jest coś wielkiego, choć niekoniecznie już tak tajemniczego jak w opowiadaniu. Pająki były mniej przerażające niż te, które powstały przed filmem w mojej wyobraźni, jednak to co robiły z ludźmi wystraszyło mnie na tyle, bym odpuścił wszelkie dywagacje na temat ich wyglądu. Może i były plastikowe i trochę za bardzo widać było w nich "cyfrę", ale jak już pisałem - przymknąłem oczy. Chyba się trochę bałem ;) Rozpatrując ten film w kategoriach rozrywki, mówię jedynie o efektach specjalnych, bo w gruncie rzeczy jest to film poważny, głęboki i jak na Hollywood, dość specyficzny. Nie ma tu superbohaterów, nie ma karkołomnych decyzji, a jeśli są to mają SOLIDNE uzasadnienie. Rozrywka musi się tutaj sprowadzać do efektów, gdyż w filmie nie było nic, co by mnie jakoś szczególnie rozbawiło (oprócz tekstów pani Reppler). Spotkałem się z wieloma opiniami negatywnymi, które mówiły o słabych efektach. To, co mnie najbardziej zdenerwowało w owych opiniach, to nastawianie ich autorów na drugi “Dzień Niepodległości” czy “Wojnę światów”. Powinienem jednak być zły na dystrybutora, który owym nieszczęsnym hasłem, zepsuł niemal połowie odbiorców film. W USA standy grzmiały: Strach zmienia wszystko.
Urzekła mnie praca kamery. Jest zawieszona gdzieś pomiędzy kinem europejskim i amerykańskim. Ujęcia podczas dialogów są niczym wyjęte z kina francuskiego, belgijskiego. Być może to tylko wrażenie, ale kilka razy bardzo pozytywnie owe kadry mnie zaskoczyły. Sceny z “potworami” to już amerykańska szkoła filmowa, która co tu kryć – sprawdza się w 100%. Światło i dźwięk w filmie są takie jak być powinny. Nic dodać, nic ująć. Montaż to też wysoki poziom i nie ma co ukrywać, że nasi krajanie wycinając fragmenty filmu, nie popisali się, bo owe momenty “pomiędzy”, są aż nadto widoczne. Grę aktorską oceniam na bardzo dobry. Większość aktorów (w tym pani Carmody i kilku jej wyznawców, pani Reppler czy Rod) grała naprawdę świetnie. Draytonowie także pozostawili po sobie dobre wrażenie. Szkoda, że nie widać było zbyt długo żony Davida (oczywiście w naszej wersji).
Religia to naprawdę piękna idea. Człowiek jednak nie jest tak doskonały, by się do niej dopasować w 100%. W filmie, zwolennicy demonicznej Pani Carmody, dopasowali się do nowej pseudoreligii na 150% w bardzo szybkim czasie. Świetnie został ukazany religijny motłoch, który na swój strach reagował jak zwierzęta w stadzie – paniką i agresją. W momencie, gdy ludzie zaczęli słuchać nowej prorokini, ich oczy i mózgi wypełniła mgła, przez którą nie mogli się przebić, nie mogli iść dalej bo...bali się.
Jezuita, Anthony de Mello, poświęcił w swojej książce "Przebudzenie", krótki rozdział na temat strachu. Napisał, że u korzeni wszelakiego zła, jakie dzieje się w świecie, znajduje się strach. Począwszy od zwykłych kompleksów, przez które boimy się do kogoś odezwać czy zrobić coś odważnego, popadając przez to w depresję, a nawet popełniając samobójstwa, a kończąc na religijnym strachu przed śmiercią i wiecznym piekłem. Stąd też wojny religijne i nieodłączna agresja, która niczym warkocz, spleciona jest z wyznaniem np. islamskim czy też chrześcijańskim. W/g de Mello istnieją tylko dwie rzeczy: Miłość (korzeń dobra) i strach (korzeń zła). Darabont świetnie to ukazał tworząc dwa przeciwstawne obozy (opozycja Drayton – Carmody). Postaci, które stałyby “po środku” (ukazane w liczbie kilku racjonalistów popierających Brenta Nortona) uśmiercił już na początku. Jest to zgodne z filozofią chrześcijańską i naukami Jezusa, który mówi, że nie można służyć dwóm panom – trzeba być albo zimnym albo gorącym. Brent i jego grupa, byli letni.
Patrząc na to z punktu widzenia religijnego, reżyser zrobił wyraźny podział na Boga prawdziwego zrodzonego z miłości, świadomości i pragnienia dobra, oraz na Boga fałszywego w postaci wzbudzającej strach pani Carmody (jest on równie silny jak ten prawdziwy). Zresztą nie musimy tego rozpatrywać w kategoriach Bóg/Szatan. Można zrobić to samo stawiając po prostu obok siebie wiecznych oponentów - dobro i zło. Jednak we “Mgle” można, a nawet trzeba doszukiwać się konotacji religijnych, gdyż to tę armatę wystawia przed świątynię X, Darabont mówiąc: “koniec z fałszywą religią, koniec z fanatyzmem i fundamentalizmem. Pokażę wam prawdziwego Boga”. I pokazał. W końcówce.
Ta wzbudzająca najwięcej kontrowersji i dyskusji scena, może być odebrana jako kara dla Davida za to, że utracił wiarę. Skończyło się paliwo w samochodzie, a tym samym wyczerpały się także pokłady nadziei i zaufania do Boga zwanego Miłością i Przyjaźnią. Zabijając swą miłość do syna i rodzącą się sympatię do Amandy, zabijając przyjaźń Roda i pani Reppler, David zabił własnego Boga, w którego tak bardzo wierzył wychodząc z marketu. W wersji “polskiej”, nie było momentu, gdy jedna z kobiet w markecie wychodzi sama szukać syna bo nikt, łącznie z Davidem, nie chciał jej pomóc. W końcówce, gdy obok Draytona przejeżdża samochód z uratowanymi, widać tę kobietę ze swoim synem. Ona nie straciła wiary, była odważna, zdeterminowana i przede wszystkim jej serce wypełniała miłość (korzeń dobra / prawdziwy Bóg) do dziecka. Ona wygrała.
Możliwe też, że Darabont chciał pokazać, że ten prawdziwy Bóg jest okrutny, że nie wybiera ludzi spośród dobrych i złych. Jest niczym Anton Chigurgh w “No country for old men” i zabija wszystko co ma nieszczęście stanąć na jego drodze. Nie można rozmawiać ze swoją śmiercią, uciekać przed nią albo migać się od niej. Ona, jak w “Siódmej pieczęci”, i tak znajdzie sposób.
Istnieje też trzecia możliwość. Wbiegający do marketu Rod, wykrzykuje zdanie: “There's something in the mist!”. Słowa, które wypowiada John Proctor w “Czarownicach z Salem”, (film tematycznie jest dość mocno związany z religijną częścią “Mgły”), oddają to, co mógł chcieć powiedzieć reżyser. Proctor wykrzykuje: “Ther's no God!”. W tej mgle nie było Boga i jego sądu, w co gorąco wierzyła pani Carmody. W ogólnie nie było Boga. Jakkolwiek się starasz i tak wszystko jest łutem szczęścia i rzutem kośćmi. Nie ma Boga, religia to głupota – rozwiejcie w końcu tę mgłę, która spowija wasze głowy.
A jaką drogą my mamy interpretować to zakończenie? Reżyser nie daje nam konkretnych wskazówek, choć pierwsza możliwość jest dla mnie najbardziej możliwa i znośna do przyjęcia.
Nie wiem jak u niektórych, ale u mnie końcówka filmu budziła wojenne konotacje. Trochę to przypominało misje pokojowe NATO, gdzieś w Jugosławii (ew. cały film mógł być metaforą wojny, choć to dość ryzykowna teza). Konwój z ocalałymi, grupy żołnierzy, czołgi. Poczułem sie przez chwilę jak na filmie wojennym, a utwór Dead Can Dance, “The Host of Seraphim” z płyty “The Serpent Egg”, który został wykorzystany w końcówce, złączył wszystko w przepiękną i smutną całość. Jego wydźwięk jest niemal równie przygnębiający jak przesłanie filmu. Jakiekolwiek by ono nie było.
Na koniec chciałbym jeszcze powiedzieć, że ostatnie kadry wycisnęły ze mnie wszystko. Po prostu mnie rozszarpały. Ból Draytona był tak namacalny i odczuwalny, że po raz pierwszy na filmie, który w założeniu miał być horrorem, moje oczy zeszkliły się jak na najbardziej wzruszającej greckiej tragedii. Spotkałem się z zarzutami, że było to zagrane strasznie sztucznie. Ale to (według A. Kępińskiego – jednego z najznamienitszych polskich psychiatrów) właśnie tak krzyczy człowiek pozbawiony nadziei, tak zachowuje się ktoś, kto wie, że już nie może nic zrobić by naprawić swój błąd. Wyrzuca swój ból po kawałku, w urwanych oddechach i krótkich krzykach rozpaczy, jakby jego myśli łapały się ostatnich strzępów nadziei.
Wraz z ustąpieniem Mgły, dla nas horror się skończył. Dla Davida się zaczął. Nie chciałbym być teraz w skórze tego człowieka, którego teraz czeka wieczne piekło. Na ziemi.

Ocena za film: 9/10
Ocena za ekranizację: 10/10 (po obejrzeniu “właściwej wersji filmu”).

No country for old men

I znów starsza recenzja książki mojego ulubionego pisarza - Cormaca McCarthy'ego. Tym razem zamieniamy postaopkalipsę na psychomachię, bohaterów jednostkowych na grupę bohaterów, a przesłanie Carpe Diem i Szanuj to, co masz, na Granica pomiędzy dobrem, a złem jest niezwykle cienka.

CORMAC McCARTHY “TO NIE JEST KRAJ DLA STARYCH LUDZI"

Pogranicze USA i Meksyku. Krwawe starcie handlarzy narkotyków, w którym giną wszyscy jego uczestnicy. Weteran wojny w Wietnamie – Llewelyn Moss, znajduje ciała, narkotyki i ponad dwa miliony dolarów. Tak rozpoczyna się wspaniała historia, pełna świetnych dialogów, postaci, zwrotów akcji i głębokich rozważań.

Llewelyna Mossa ściga bezwzględny morderca – Anton Chigurh. Prezentuje on dość osobliwy zbiór zasad, którymi się kieruje. Gdyby śmierć miała ludzką postać, najpewniej postępowałaby w ten sam sposób. Każdy, kto stanie na drodze Chigurha i zadrze z nim - musi zginąć. Chyba, że ma szczęście w rzucie monetą.
Każdy rozdział rozpoczyna się od monologu szeryfa. Ed Tom, to wspaniale nakreślona postać, którą najpewniej jest sam McCarthy, wkładający w usta szeryfa słowa, z którymi trudno się nie zgodzić. Słowa mądre, przenikliwe lecz przesiąknięte również sokratesowskim scio me nihil scire, przez co jeszcze bardziej urzekające. Zatrzymują nas i każą się zastanowić nad sprawami, o których wiemy lub raczej wydaje się nam, że wiemy.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w "To nie jest kraj...", Cormac McCarthy opisał wojnę między aniołami i diabłami. Między dobrymi i złymi ludźmi z boskimi cechami. Kapitalne jest to, że owe cechy przez swą wieloznaczność pozwalają się identyfikować zarówno z monologami dobrego szeryfa Bella jak i okrutnymi zasadami Antona Chigurha. I nie chodzi o to, że pisarz każe nam wybierać drogę, po której idziemy. McCarthy uważa, że jest tylko jedna droga, a na niej oprócz zwykłych ludzi prędzej czy później spotkamy anioła śmierci (Chigurh) i anioła światła (Bell). Prędzej czy później skorzystamy z ich filozofii postepowania. Z której będziemy brać garściami? To tylko zależy od nas.
Na podstawie książki powstał nagrodzony Amerykańską Akademię Filmową, jeden z najlepszych amerykańskich filmów jakie miałem okazję obejrzeć. Skłonił mnie on do przeczytania książki i zapoznania się bliżej z całą twórczością McCarthy'ego. Bracia Coen świetnie oddali klimat "To nie jest kraj...". Wspaniale odzwierciedlili to, o czym pisarz chciał powiedzieć. Gdyby nie drobne różnice wprowadzone dla potrzeb dzieła filmowego, obraz można by było nazwać ekranizacją doskonałą. Nawet dialogi są "żywcem" wyjęte z książki.
Cormac McCarthy to jeden z najlepszych pisarzy jakich obecnie znam. Od dawna nie pamiętam, by ktoś urzekł mnie tak swoim warsztatem, historiami i wspaniałymi dialogami. Od dawna też nie spotkałem kogoś, kto tak dobrze zna najciemniejsze zakamarki ludzkiego mózgu i serca.
Dość mocno widać, że pisarz jest politycznie usytuowany z prawej strony. Jednak niektóre z jego myśli daleko odbiegają od prawicowych poglądów przez co proza staje się jeszcze bardziej wieloznaczna i pociągająca. Widać, że McCarthy wierzy w Boga. By być bardziej dokładnym – on wierzy w Boga, którego trudno sobie wyobrazić, trudno nazwać i trudno zidentyfikować, czego pisarz nie robi. McCarthy uważa, że każda próba zdefiniowania Boskości jest jak porywanie się z motyką na Słońce. Jesteśmy prochem wobec siebie, wobec Boga i świata, w którym żyjemy. I trudno nie zgodzić się z tymi słowami, które napisał człowiek będący w/g mnie bardzo blisko prawdy, celu i sensu życia, właśnie przez to, że nie próbuje ich szukać. Bo jak napisał ktoś w New York Times'owej recenzji: (...)McCarthy to pisarz, który mierzy się z samymi bogami.
10/10